#5 I tak cię kocham, reż Michael Showalter, scen. Kumail Nanjiani, Emily V. Gordon

Stary już jestem i nadal niestety nic się nie uczę na własnych błędach. Jeszcze nie tak dawno biadoliłem nad złym kategoryzowaniem Collosal, wspominałem również wtedy o Toni Erdman i znowu dałem się nabrać na te same sztuczki. Ostatnio na mojej facebookowej tablicy ciągle przewijały się posty od Gutek Film o tym jak wspaniałą komedią romantyczną jest I tak Cię kocham. Głupi ja, w końcu dałem się namówić i wielkie było me rozczarowanie.

Uwaga będą lekkie spoilery, ale to nie powinno przeszkadzać w odbiorze filmu, bo bardziej od fabuły liczą się tutaj emocje.

I_tak_cie_kocham

Film opowiada o początkach związku Kumaila (granego przez Kumail Nanjiani) oraz Emily (graną przez Zoe Kazan) i jest dość podobnie do tego co każdy z nas już widział wielokrotnie. On komik stand upowy, ona studentka, która przeszkodziła mu w występie. Dzięki temu on miał później powód aby do niej podejść i zagadać po swoim show. Od słowa do słowa, potem seks klika kolejnych spotkań i początek pięknego uczucia. Niestety na ich drodze stają różnice kulturowe, on hindus, ona amerykanka i śpiączka farmakologiczna. Tak, zdaję sobie sprawę jak to brzmi i taki w sumie jest ten film.

Przez większość seansu zastanawiałem się co siedzi w głowach ludzi, którzy określają go mianem „najlepszej komedii romantycznej początku roku”. Szczerze nie mam pojęcia. Może to z moim poczuciem humoru jest coś nie tak? W końcu uśmiechnąłem się może ze dwa razy, bo o prawdziwym, szczerym śmiechu nie ma co mówić, ale jak mam się śmiać na filmie o śpiączce i problemach kulturowych? Nie śmieszy tutaj prawie nic. Stand up głównego bohatera i jego znajomych jest żenujący. Sceny w szpitalu są raczej smutne. W końcu pokazują walkę głównej bohaterki, jej rodziców i lekarzy z jej ciężkim stanem. Jakby tego było mało to Kumail właśnie w szpitalu pierwszy raz poznaje swoich przyszłych teściów. Co również jest raczej przygnębiające, bo na początku nie pałają sympatią do niego. No i gdzieś tam w tle cały czas przewija się problem aranżowanych małżeństw dla Kumaila przez jego matkę. W końcu jest hindusem i tak trzeba, a on swoje życie wyobraża sobie całkiem inaczej. Co niestety wiąże się z ciągłym okłamywaniem rodzicielki i życiu w jednym wielkim kłamstwie. Jak widzicie sami jest mega zabawnie, wprost boki zrywać.

Ogólnie ten film nie jest zły, raczej taki mocny średniak w sam raz na jakieś popołudnie. Tylko trzeba się nastawić raczej na słodko gorzką opowieść o codziennym życiu w klimacie czeskiej kinematografii. Wtedy człowiek się uśmiechnie, może nawet wzruszy pod koniec i jakoś zlecą te prawie dwie godziny. Bo w mówieniu o uczuciach, które przychodzą za późno ten film sprawdza się całkiem w porządku.

Reklamy
#5 I tak cię kocham, reż Michael Showalter, scen. Kumail Nanjiani, Emily V. Gordon

#4 …ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską…

Długo się zastanawiałem, czy napisać ten post. Bo niby kogo miałoby to zainteresować. Poza tym może to ja wszystko źle zrozumiałem i niepotrzebnie wyolbrzymiam. Nawet myślałem, że wszystko jakoś samo zniknie i zostanie zapomniane. Jednak ciągle ta sytuacja wraca do mnie, a przecież po to powstał ten blog aby pisać o rzeczach które jakoś na mnie wpłynęły.

Jakiś czas temu mój znajomy pochwalił się w pracy przy wszystkich, jak to jego szwagier nauczył  go w tajemnicy przed żoną odkładać sobie zaskórniaki. Bo najważniejsze jest, aby mieć swoje pieniądze. I w sumie tutaj się zgadzam z tym twierdzeniem, że to ważne aby mieć jakieś swoje prywatne pieniądze na własne potrzeby. Tym bardziej jeśli się pracuje i zarabia. Ale naprawdę mnie boli i niestety zdaję sobie sprawę, że tylko ja tak czuję, jak robi się to w tajemnicy przed żoną. Bo czy nie jest to jej okłamywanie?

Ja sam żyję już w naprawdę długim i nie formalnym związku i jakoś tak mi wychodzi nie kłamanie w nim. Oboje z konkubiną mamy ten przywilej, że pracujemy i z każdej naszej wypłaty oddajemy część na wspólne konto. Wszystko to aby pokryć nasze rachunki i mieć jeszcze pieniądze na wspólne wydatki. Resztę swoich wypłat każdy wydaje we własnym uznaniu i drugiej osobie za bardzo nic do tego. Uważam taki stan rzeczy za bardzo fair. Oczywiście nie mam nic przeciwko jakiejkolwiek formie dzielenia się pieniędzmi w jakimkolwiek związku na jaki umówili się jej członkowie o ile obie strony grają fair.

Tymczasem mój znajomy po jakiś dwóch miesiącach od ślubu już okłamuje swoją ukochaną i to w dość ważnym temacie. Co najgorsze nie widzi w tym nic złego, bo to przecież tylko odkładanie jego pieniędzy za jej plecami. Jak to się ma do treści przysięgi małżeńskiej w której jest „…ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to że Cię nie opuszczę aż do śmierci.”?

Ja wiem, że komuś może się to wydawać błahe i robienie problemu z jakiś mało istotnych rzeczy, ale mi to nie chce wyjść z głowy. Myślę  o tym i nawet swoimi przemyśleniami podzieliłem się ze swoją konkubiną, która dodała kolejne ciekawe spostrzeżenie. Jeśli byłaby na miejscu jego wybranki i dowiedziała się co on mówi za jej plecami to dodatkowo byłoby jej żal, że każdy widzi jak ona źle wybrała i jaki zły ma gust. Byłoby jej z tego powodu bardzo przykro.

Może wyolbrzymiam cały problem i tak naprawdę nie ma o czym się tutaj rozwodzić, ale mnie takie zachowanie smuci i razi. Tak zostałem wychowany i tak sam się w pewnym momencie ukształtowałem, że bliskich mi osób się nie okłamuje, a staram się w ogóle w życiu nie kłamać. Co praktycznie w większości mi się udaje. Równocześnie nie mam zamiaru nikogo tutaj obrażać, pouczać lub wytykać mu błędów. Po prostu na w miarę hipotetycznym przykładzie chciałem przedstawić problem i go rozważyć.

#4 …ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską…

#3 Cold fish, reż Sion Sono, scen. Sion Sono, Yoshiki Takahashi

Gdy bez celu błądziłem po kolejnych stronach internetowych przypadkiem natrafiłem na informację, że vod.pl w ramach właśnie trwającego Festiwalu Pięciu Smaków udostępnia za darmo kilka filmów z Azji. Była to wspaniała okazja aby w końcu obejrzeć Cold Fish z mojej kupki wstydu.

Wszystko rozpoczyna się dość spokojnie. Poznajemy przeciętną rodzinę pana Shamoto. Jest on właścicielem niedużego sklepu z rybkami akwariowymi mieszczącego się gdzieś przy autostradzie. Prowadzi go wraz ze swą żoną Taeko i nastoletnią córką Mitsuko, która bardzo szybko popada w kłopoty. Mianowicie zostaje przyłapana na kradzierzy w pobliskim markecie. Gdy jej rodzice przybywają na miejsce, pojawia się również miejscowy biznesmen Yukio Murata i rozwiązuje cały problem z menadżerem sklepu. Jakby tego było mało proponuje również nastolatce pracę w swoim olbrzymim i świetnie prosperującym sklepie w ramach dziwnego programu resocjalizacyjnego. Tak pokrótce rozpoczyna się cała historia i dramat głównego bohatera.

coldfish_600_450

Z samym filmem miałem dość nietypowy problem od samego początku. Mianowicie wizualnie prezentuje się on bardziej jak teatr telewizji niż film. Bardzo tego nie lubię i szczerze przyznam, odechciewa mi się wtedy oglądać. Jednak tym razem dałem się przekonać, bo Cold Fish wciąga w swój dziwny świat od samego początku. Po mimo tego, że jest to opowieść o tym jak bardzo trzeba kogoś zastraszyć i stłamsić, aby w końcu sam zaczął zachowywać się w podobny sposób. Cały czas pan Muramata w umiejętny sposób coraz bardziej utrudnia życie swojego nowego znajomego przy okazji oddalając go od jego rodziny.

Cały film, z powodu poruszanego tematu i sposobu w jaki to zostało przedstawione, dość mocno kojarzył mi się z Funny Games Michaela Haneke. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to odważne porównanie ale chodzi mi raczej o klimat tych dwóch obrazów. Wszystko niby dzieje się w kulturalny sposób. Postacie nawzajem ciągle się o coś proszą, przepraszają, zachowana jest ta cała kurtuazja, a gdzieś między tym dzieje się olbrzymi dramat i przemoc. Przez to oba seanse hipnotyzują od samego początku i wciągają w swój ponury świat pomimo tego, że nie należą do przyjemnych. Dodatkowo operują tą samą przemocą, która nie jest ku naszej rozrywce, ale ma nas zaboleć i skłonić do zastanowienia.

Cold Fish to film zdecydowanie skierowany dla dorosłego widza ze względu na poruszany temat, ale też sposobu w jaki został zaprezentowany. Twórcy nie bali się zarówno brutalnych scen jak i nieprzyjemnej erotyki. W zamian za to zaserwowali nam historię, która skłania do myślenia. Ja sam przez ponad dwie godziny ciągle zastanawiałem się co zrobiłbym w podobnej sytuacji i ile jeszcze potrwa zanim główny bohater się złamie albo wybuchnie. Kino mocne, ciężkie i pozostające w głowie na długo po seansie.

#3 Cold fish, reż Sion Sono, scen. Sion Sono, Yoshiki Takahashi

#2 – Colossal, reż. i scen. Nacho Vigalondo

colossal

Pamiętam jak pierwszy i w sumie jedyny, zobaczyłem trailer do tego filmu. Na jego podstawie Colossal jawił mi się jako lekka komedia o młodej kobiecie, w tej roli Anne Hathaway, która jakimś dziwnym trafem jest połączona z olbrzymim potworem niszczącym Seul. Cokolwiek robi główna bohaterka, od razu odgrywa wielometrowy potwór na drugiej półkuli. Zdaję sobie sprawę, że nie brzmi to jakoś wybitnie, ale w sam raz na lekką i przyjemną komedię. Dlatego dodałem ten film na listę do obejrzenia i cierpliwie czekałem na sprzyjającą okazje.

Jak wielkie było moje rozczarowanie podczas seansu zrozumie tylko moja konkubina, która cierpiała razem ze mną. Stało się tak ponieważ jest to kolejny film źle sklasyfikowany jako komedia i jako taki reklamowany. Tymczasem uśmiechnąłem się może ze trzy razy, co akurat nie jest jakimś wyznacznikiem bo moje poczucie humoru mocno odbiega od ogółu. Jednak sam film jest bardziej dramatem, który poprzez przenośnię stara się pokazać jak trudne jest życie alkoholika. Ciągłe okłamywanie siebie oraz bliskich. Kolejne próby zmiany swojego zachowania i ciągła walka z nałogiem. I to jest dopiero początek. Potem jest tylko gorzej. Mianowicie Oscar, postać grana przez Jasona Sudeikisa, która z początku jest przyjacielski i pomocny dla głównej bohaterki, bardzo szybko zmienia się w jej prześladowcę. Okazuje się być również alkoholikiem i w dodatku jednym z tych co stosuje przemoc fizyczną jak i psychiczną. Być może za pomocą zestawienia tych dwóch postaci, twórca filmu starał się przedstawić jak skomplikowana i trudna jest sytuacja kobiet które zostały wplątane w podobne relacje.

Za pewne teraz, drodzy czytelnicy, jesteście w stanie zrozumieć jak bardzo byłem zawiedziony samą projekcją. I nawet nie chodzi mi o to, że film okazał się poważny i mówił na ciężki temat. Bo akurat uważam, że poruszał go w niestandardowy sposób i nawet całkiem sprawnie. Co z kolei może będzie skutkować jakimiś przemyśleniami u niektórych widzów. Jednak bardzo, ale to bardzo wnerwia mnie jak ktoś sprzedaje mi coś pod płaszczykiem czegoś kompletnie innego. To jest po prostu oszustwo i ostatnim razem czułem się podobnie po obejrzeniu Toni Erdmann, który również był wszędzie reklamowany jako wspaniała komedia, a finalnie okazał się dramatem o trudnych relacjach ojca z córką. Jeśli ktoś szuka poważnego filmu na ciężki temat to śmiało może sięgnąć po ten tytuł. Natomiast jeśli ktoś szuka komedii, to stanowczo odradzam.

#2 – Colossal, reż. i scen. Nacho Vigalondo

#1 – Ziemia swoich synów

To ciekawe jak bardzo ten komiks siedzi mi w głowie od kilku dni. Miałem spory problem, aby dokładnie sprecyzować co tak bardzo mnie w nim urzekło. Jednak po trochu się to wszystko trochę wyklarowało.

Musicie wiedzieć o mnie jedno. Bardzo lubię czytać, ale jest to dla mnie raczej jedna z tych czynności, do której muszę się przymusić. To jak z uczeniem się nowych rzeczy. Nie zawsze wychodzi za pierwszym razem, czasem sprawia problemy i po pewnym momencie człowiek czuje się zmęczony. W moim przypadku często objawia się to drzemką z lekturą w ręce. Jednak na koniec czuje zadowolenie z produktywnie spędzonego czasu. Tym razem zasiadłem do lektury ok 23 i nie mogłem przestać. Miałem przeczytać kilkadziesiąt stron i pójść spać, a skończyło się na problemie z zaśnięciem o 1 w nocy.

DSC_0202

Ten komiks jest depresyjny, brutalny, opowiada o upadku społeczeństwa jakie znamy i trudnej próbie radzenia sobie w takiej rzeczywistości. Jednak najgorsze dzieje się poza kadrami w naszych myślach. Obracając kolejne strony czasem czułem się zakłopotany, zagubiony i lekko wystraszony. Podczas lektury miałem wiele pytań na które nie otrzymałem żadnej odpowiedzi i to chyba podoba mi się w nim najbardziej. Dzięki temu ciągle wracam do niego i myślę o całej opowieści, jej bohaterach i świecie przedstawionym. Zastanawiam się co doprowadziło do zagłady? Czy postąpiłbym tak samo na miejscu ojca? Czy wszystko musi być na granicy szaleństwa? Co jest zapisane w dzienniku?

Widzę również jak zbieżne są moje lęki i autora. W podobnych miejscach widzimy zagrożenie na przyszłość i tak się zastanawiam czy to przypadek? Może Gipi nie przypadkowo na jedno z głównych niebezpieczeństw wybrał jakąś wynaturzoną formę religii, która pewnie po apokalipsie mogłaby powstać w takiej formie. Swoją drogą nie on pierwszy podchodzi tak do tego tematu. Przecież w niejednym dziele popkultury wygląda to bardzo podobnie.

Warto również zwrócić uwagę na stronę wizualną tego komiksu. Całość została zamknięta na 284 stronach w czerni i bieli. Niektóre kadry wyglądają jak niedbałe i pośpiesznie wykonane szkice, które też mają swój urok. Jednak są one przeplatane kadrami, a czasem całymi panelami tak bardzo dopracowanymi, że nie mogłem od nich oderwać wzroku. Całość świetnie ze sobą współgra tworząc niesamowity klimat zagłady i zagubienia.

W zeszłym roku będąc na wakacjach w Rzymie miałem ten komiks w dłoni niedługo po jego premierze. Przekartkowałem i jakoś tak nie zrobił na mnie większego wrażenia. Jakiś czas później dowiedziałem się o jego polskiej premierze i tak z każdym dniem czekałem na niego coraz bardziej, aż do momentu zamówienia go. Już dawno nie miałem tak wielkiej ochoty na żadną lekturę, którą teraz gorąco polecam. Do wielokrotnego czytania i analizowania.

#1 – Ziemia swoich synów

początek

 

Już dawno odkryłem, że nie da się być z wszystkim na bieżąco i jakoś przestało mnie to  nawet obchodzić. W dobie szybkiego internetu mamy tak wiele bodźców, które walczą o naszą uwagę i powstaje tak wiele nowych treści, że po prostu nie starcza czasu na wszystko. Dlatego ja dobra kultury konsumuję swoim tempem. Radko kiedy równo z premierą, ale systematycznie. Miejsce to powstało, aby dać ujście mojej okazjonalnej potrzebie wysłowienia się. Edytuj

początek